top of page
Warszawa w odcinkach. We fragmentach. Przed Wami warszawska seria, a właściwie serial. Kolejne epizody to moje małe zachwyty. Zachwyty miastem, które na tle innych stolic może jest niepozorne, kryje w sobie jednak mnóstwo sekretów, które można dość szybko oswoić i cieszyć się jego wielkomiejskością, która jednak nie męczy i ma w sobie coś swojskiego. To historia Polski i poszczególnych ludzi zamknięta w administracyjnych ramach. To też historia architektury i walki o idee. Chodźcie z nami na spacer po Warszawie.

Miejsce akcji : Warszawa, skwer im. płk. Zdzisława Kuźmirskiego-Pacaka, opowieść napisała Paulina Klepacz

Nie myślę o tobie, nic mi ciebie nie przypomina, aż nagle przychodzisz mi na
myśl. W najmniej odpowiednim momencie dnia. Kiedy powinnam właśnie
pisać sprawozdanie, płacić rachunki za prąd i za gaz, nastawiać obiad –
warzywa na zupę, wodę na makaron. Przychodzisz też podczas kąpieli.
Zakradasz się. Kiedy pomarszczonymi opuszkami palców próbuję rozgrzać
ciało, wciąż nie dość roztopione w gorącej kąpieli. Przypominam sobie smak
twoich pocałunków. Miękkie usta wędrujące od moich łuków brwiowych, przez
kości policzkowe, błądzące w okolicy karku, spływające na moje obojczyki falą
rozkoszy, która wstrząsa całym ciałem, aż przechodzą przez nie dreszcze.
Twoje palce – miękkie i gibkie – delikatnie zanurzające się we włosach,
muskające delikatną skórę, buszujące w rozmaitych zakamarkach ciała,
przynoszące bezpieczeństwo, zrozumienie, rozkosz, zapomnienie o wszelkich
kłopotach. I już nie potrafię się na ciebie gniewać. Odliczam czas do kolejnego
spotkania. Złoszczę się na wolno płynące sekundy.


Nie mieszkamy razem, nie dzwonimy do siebie za często. Wysyłamy
elektroniczne listy pełne ciepłych słów, czasem do korespondencji wkradną
nam się złośliwości, przytyki, gorycz codzienności przelewamy na siebie.
Każde z nas wstaje rano osobno. Chluśnięcie lodowatą wodą w twarz,
parzenie kawy, kręcenie się po mieszkaniu w półśnie. Oboje robimy tak samo.
Z tą jednak różnicą, że ty wstajesz o szóstej a ja bliżej ósmej. Potem dni w
biegu mijają nam prędko. Czasem uda się wybrać w tygodniu na spacer czy
na kolację.
Sobota i niedziela to dla nas święto. Zawczasu wypisujemy w swoich
kalendarzach, co chcielibyśmy razem zobaczyć, co zwiedzić, jakie wystawy,
muzea i galerie, parki, miejską architekturę. Co zjemy, co wypijemy. Co razem
obejrzymy i poczytamy. Zwykle nie starcza nam na wszystko czasu, bo
łapczywie rzucamy się na siebie, by się nasycić, ukoić tęsknotę. Potem
smakujemy siebie powoli, z namysłem, uważnie, żeby jak najwięcej z tego
mieć na kolejne dni. By zapamiętać każdy oddech, każdy dotyk, każde słowo,
spojrzenie. Budzimy się z soboty na niedzielę. Ty parzysz kawę, ja robię
śniadanie. Kręcimy się wokół siebie. Całujemy, przytulamy, tańczymy albo
patrzymy w siną dal przez okno, stojąc w objęciach i czekając na wieczór,
kiedy przyjdzie znów się rozstać.


Jak nikt inny potrafisz mnie rozzłościć. I wtedy moje serce zamarza. Skute
lodem nie łatwo na powrót rozgrzać. Rozniecić w nim ogień, pożądanie,
pragnienie bycia razem. Ale można to zrobić. Znasz sposoby. Gotujesz,
śpiewasz, robisz mi ciepłe kąpiele i masaże. Opowiadasz o tym, co dobre
było, i co jeszcze będzie. Ile jeszcze przed nami. Jak bardzo ci zależy. Jak nie
potrafisz oderwać swoich oczu, swoich rąk, swoich ust ode mnie. Oplatasz
mnie gorącymi udami i nie puszczasz. A ja rozpuszczam się, roztapiam. I
znowu chcę ciebie całego. Chcę cię zjadać po kawałeczku. Chcę chodzić do

naszych miejsc. Słuchać naszych piosenek. I snuć nowe plany, które w
większości spalą na panewce, a my skończymy między kołdrami, poduszkami,
na pomiętym prześcieradle. Zmęczeni, rozgrzani i szczęśliwi.


fotografie ~ Piotr Czyż . pozuje ~ Natalia Bielecka
Warszawa w odcinkach. We fragmentach. Przed Wami warszawska seria, a właściwie serial. Kolejne epizody to moje małe zachwyty. Zachwyty miastem, które na tle innych stolic może jest niepozorne, kryje w sobie jednak mnóstwo sekretów, które można dość szybko oswoić i cieszyć się jego wielkomiejskością, która jednak nie męczy i ma w sobie coś swojskiego. To historia Polski i poszczególnych ludzi zamknięta w administracyjnych ramach. To też historia architektury i walki o idee. Chodźcie z nami na spacer po Warszawie.

Miejsce akcji : Warszawa, park Agrykola, opowieść napisała Paulina Klepacz
Taki moment zdarza się zdecydowanie za rzadko. Moment, kiedy można nie myśleć
o tym, co jutro, pojutrze, za miesiąc, rok, dwa. Po prostu cieszyć się chwilą i oddawać
marzeniom. Wiosenne popołudniowe słońce łaskotało ją po policzku. Tak właśnie
mógłby ją dotykać. Opuszkami palców badać każdy milimetr jej twarzy, gładzić łuki
brwiowe, trącać swoim nosem jej nos, delikatnie wydmuchiwać powietrze do jej ucha,
szepcząc, jak bardzo mu się ona podoba, jak bardzo jej pragnie.

Przychodzi tu na spacer, do Parku Agrykola, co rano i co wieczór. By przejść się u
podnóża Zamku Ujazdowskiego i poczuć jak królowa. Jak pani swojego życia, której
nic do szczęścia nie trzeba. I nikogo. Która wśród majowej wybuchającej zieleni,
śpiewu rozbudzonych na dobre ptaków, plusku kamieni wrzucanych z impetem przez
dzieci do wody i dalekiego szmeru samochodów pokonujących Trasę Łazienkowską
przechadza się niespiesznie, cieszy chwilami tylko dla siebie. Kiedy może stanąć i
zapatrzeć się w wiewiórkę baraszkującą na drzewie czy zatopić w swoich myślach,
poukładać je jak klocki, które w ciągu dnia niesfornie przetaczają się przez jej gorącą
głowę. Klocki z liczbami, słowami, imionami, datami.


Pewnego dnia ktoś potrącił ja i wyrwał z błogiego zamyślenia. Chłopak mógł mieć na
oko kilka lat więcej niż ona, przeprosił ją, zapytał, czy nic się nie stało, a ona
potrząsnęła głową. Skinął jej na pożegnanie swoją i idąc przed siebie żwawym
krokiem, zniknął prędko między drzewami. Patrzyła długo za nim, w nosie świdrował
jej jego zapach. Potrząsnęła głową i spiesznie ruszyła do domu. Ile to już chłopców
wąchała, ilu składało pocałunki na jej miękkiej skórze z delikatnym meszkiem,
wywołując przyjemne dreszcze. Przecież doskonale wiedziała, jak wywołać je na
własną rękę. Chłopcy przychodzili, odchodzili, urozmaicali jej czas. Jednak gdy ich
nie było nie żałowała i nie próżnowała, nie odmawiała sobie rozkoszy, uwielbiała
dotykać chłodnej skóry i doprowadzać ją do wrzenia, do czerwoności, tkliwości. Tylko
ona sama znała najskrytsze sekrety własnego ciała i zakamarki rozkoszy.

Zaczęła go widywać. Codziennie rano i wieczorem. Może zamieszkał gdzieś tutaj w
pobliżu. A może wcześniej go nie zauważała. Uśmiechali się do siebie niepewnie,
jakby nie wiedzieli, czy wypada, czy powinni. Każde szło w swoją stronę. Ona jednak
już nie była wolna i lekka. Ilekroć go spotkała, zostawał jej już w głowie. Nie
przyznawała się sama przed sobą, ale jeszcze chętniej udawała się na te swoje
przechadzki, zapewne przez niego. Błądziła wokół fontanny leniwie tryskającej wodą,
by przedłużyć spacer, bo już się nie liczył, gdy nie wpadła na niego.

Któregoś dnia, gdy to się stało, gdy się z nim nie spotkała, zezłościła się na siebie.
Wszystko w niej się zagotowało. Zaczęła sobie wyrzucać w duchu, że tak się
przywiązała, że ugania się jak podlotek za chłopakiem, łasa na jego uśmiechy,
łaknąca pieszczoty jego spojrzenia. Odwróciła się na pięcie i postanowiła już tu
więcej nie przychodzić. Przecież w okolicy tyle jest pięknych parków! Ona wycofuje
się z tej gry. Gry uśmiechów, spojrzeń, pozorów, pogoni za nie wiadomo czym, nie
wiadomo kim. Przecież nie znała nawet jego imienia! Gdy tak szła pogrążona w
wyrzucaniu sobie głupoty, wpadła tym razem ona na niego.
– To pan – powiedziała kipiąc wciąż od emocji.
– To pani – odpowiedział.
Stali, mierząc się wzrokiem, przez dłuższą chwilę. Na ich twarzach mieniła się
radość, gniew, niepokój i niedowierzanie. Byli blisko, piekły ich wciąż ramiona,
którymi się zderzyli.
– Przepraszam, byłam zamyślona – wydusiła w końcu z siebie.
– Jesteśmy kwita – odparł.
– I co teraz?
– Może ma pani ochotę umówić się tu ze mną w sobotę na badmintona.
– Na badmintona?
– Owszem.
– Dlaczego by nie.
– Wspaniale.
– Naprawdę?
– Od dłuższego czasu chciałem panią poznać.
– Ach tak…
– Ale jestem nieśmiały, trudno mi wyjść z inicjatywą.
– Dlaczego więc dziś?
– Bo nadarzyła się okazja, nie mogłem z niej nie skorzystać.
– Dlaczego badminton?!
– To przyjemna gra, radosna, pełna emocji…
– Emocje mogą przytłoczyć.
– Można się wtedy wycofać, wyhamować…
– Wycofać? Zrobić krok w tył? Kiedy emocje już kipią? Boi się pan emocji?
– To nie tak. To znaczy… A pani, pani się nie boi?
– Pewnie, że się boję. Jak cholera! Ale najważniejsze to ustalić jasne zasady gry, a
emocje, emocje, które na pewno się pojawią, potraktować jako bonus. Bez emocji
jest nudno. A dorośli ludzie potrafią sobie z nimi radzić.
– Tak pani myśli?
– Tak, zbyt długo gram na własnych zasadach, żeby się w tym wszystkim nie
orientować. By z powodu emocji odmawiać sobie przyjemności. Czy też by ich wagi
nie doceniać.
– Może wyłoży mi to pani? Tę filozofię? Tę taktykę?
– Wie pan co, chyba nie mam czasu na to. Na takie gierki. Tym bardziej, że jest
ryzyko, że pan się wycofa.
– Nie lubi pani ryzykować?
– To zależy.
– Może warto zaryzykować mimo wszystko? Stracić trochę czasu w imię
przyjemności.
– Wątpliwej – odpowiedziała, odwróciła się na pięcie i śmiejąc się do siebie, ruszyła wydeptywać nowe ścieżki.



fotografie Piotr Czyż ,bohaterka sesji Helena Ganjalyan
Warszawa w odcinkach. We fragmentach. Przed Wami warszawska seria, a właściwie serial. Kolejne epizody to moje małe zachwyty. Zachwyty miastem, które na tle innych stolic może jest niepozorne, kryje w sobie jednak mnóstwo sekretów, które można dość szybko oswoić i cieszyć się jego wielkomiejskością, która jednak nie męczy i ma w sobie coś swojskiego. To historia Polski i poszczególnych ludzi zamknięta w administracyjnych ramach. To też historia architektury i walki o idee. Chodźcie z nami na spacer po Warszawie.

Miejsce akcji : Warszawa, skwer im. płk. Zdzisława Kuźmirskiego-Pacaka

Kiedyś mi powiedziałeś „nie przejmuj się, wszystko zawsze będzie tak, jak jest”.
Przede wszystkim mieliśmy zostać my. Tacy przez duże m. Choćby nie wiem co.
Dzisiaj nie ma tu Ciebie. Pamiętam, że pachniałeś jak roztarty w dłoniach piołun i
ciepły letni deszcz. Twoje włosy falowały. Były ciemnobrązowe. Oczy… Hm, chyba
szare. Czy to możliwe, żebym zapomniała, jak wyglądały twoje oczy? Ile to już lat?
Trzy? Cztery? Ach, sześć. Ludzie mówią, że nie zmieniłam się nic a nic. Ale ja widzę
te zmarszczki, te bruzdy, te ślady pod oczami po łzach, które płynęły mimo woli.
Mimo że powtarzałam, że nie jesteś wart mojej złości ani żalu. Odszedłeś tak,
jakbyśmy mieli się zobaczyć znowu, zaraz, za dwa dni, góra trzy. Staliśmy na tym
skwerze. Wiosenny wiatr niósł ze sobą zapach bzu. Wracaliśmy z pracy.
Wdychaliśmy przedwieczorny zapach miasta. Następnego dnia zadzwoniłeś,
zapytałeś, jak się mam i nie czekając na odpowiedź, jak gdyby nigdy nic,
powiedziałeś, że to koniec, że nie możemy w to brnąć, bo twój ojciec, twoja matka,
zresztą moja pewnie też by nie była zadowolona. Nie powiedziałam nic. Ty też
milczałeś. W końcu wydukałeś „no to cześć” i odłożyłeś słuchawkę.


Poznaliśmy się przypadkiem. Jechaliśmy tym samym tramwajem. Dostrzegłam cię
kątem oka, wydałeś mi się wtedy taki przystojny. Ciepłe popołudniowe słońce
wpadało przez okna tramwaju. Sierpień pachniał kurzem, zmęczonymi ludźmi,
upałem. Wyłapałeś moje spojrzenie. Poczułeś, jak ślizga się po twoim łuku
brwiowym, nosie, policzku, opalonym karku. Uśmiechnęłam się zawadiacko, tyle mi
pozostało. Nie chciałam odwracać wzroku, nie byłam spłoszona tym, że mnie
przyłapałeś. Spodobała ci się moja bezczelność. Wysiadłeś o przystanek wcześniej,
razem ze mną, i zapytałeś, czy możesz mnie odprowadzić pod domu. Wahałam się.
Jednak dostrzegłam w twoich oczach łagodność, było jeszcze jasno, na ulicach pełno
ludzi. Skinęłam głową. Wziąłeś ode mnie teczkę z nutami oraz siatkę z zakupami.
Szliśmy powoli, w milczeniu. Pod moją klatką oddałeś mi rzeczy i zapytałeś, czy
chciałabym się z tobą umówić.

Pewnego razu, pamiętam, poszliśmy oglądać rzeźby, zgadywać ich znaczenia.
Opowiadałam ci, że to pozostałość po I Biennale Rzeźby z Metalu w 1968 roku, które
miało na celu skonsolidowanie sztuki i przemysłu. Stołeczne fabryki zapewniły
artystom metalowe elementy, głównie odpady poprodukcyjne, oraz całe zaplecze
techniczne. Powstało 60 konstrukcji z metalu, w większości abstrakcyjnych,
stworzonych przez 35 twórców. Tłumaczyłam ci, a tym słuchałeś uważnie,
pozwalałeś sobie wyjaśniać, choć wiedziałeś o tym na pewno o wiele więcej z racji
swojej pracy. Lubiłeś mnie poza tym słuchać, śledziłeś ruchy moich ust, trzymałeś
moje dłonie w swoich. W takich chwilach faktycznie czułam, że nic nigdy się nie
zmieni, także między nami, że świat i my będziemy tacy sami, jak tego pierwszego
dnia, kiedy wpadliśmy na siebie przypadkiem w tramwaju wiozącym nas po pracy do
domu. Teraz na ulicę Kasprzaka wraca tramwaj, „galeria samochodowa” musiała
więc zostać przeniesiona na skwer. Rzeźby, które ocalały przed różnymi zakusami,
które nie poddały się upływowi czasu, zostały wyczyszczone, odmalowane, lśnią
między wściekle soczystą zielenią. Czy to dobra zmiana? Wszystko się zmienia. Tak
jak my. Czy o tobie myślę? Czasem. Czy mi bez ciebie dobrze? Jak najlepiej. Dawno
wyschły słone łzy.

Byłam taka szczęśliwa. Świat razem ze mną. Wiosna szalała. Nie liczyłam czasu, ale
przecież od sierpnia, dusznego, upalnego, działającego na zmysły, minęło kilka
miesięcy. Przez świat przetoczyła się najpierw jesień, potem zima. Szalał wiatr,
deszcz moczył nas do suchej nitki, padał śnieg, czasem walił w nas grad. A my
chodziliśmy za rękę w każdą pogodę. Roześmiani od ucha do ucha. Nienasyceni
sobą. Wydawało mi się, że nic nas nie może rozdzielić, poróżnić, że pokonamy
wszystkie przeciwności losu, wszelkie przeszkody, zwłaszcza te istniejące w naszych
głowach. Tak długo czekaliśmy na wiosnę i kiedy w końcu nadeszła, siadaliśmy na
ławce w parku pośród zieleni, trzymaliśmy się za ręce i nie mówiliśmy nic. Tak nam
było ze sobą dobrze. Albo znowu wracaliśmy pod naszą ulubioną rzeźbę, gdzie
pocałowaliśmy się po raz pierwszy, gdzie zalała nas fala nieoczekiwanej słodyczy,
pożądania. Nie było nas ani odrobiny zwątpienia. W tym pocałunku kryła się
absolutna pewność, że to właśnie my, że musieliśmy na siebie trafić. Że gdyby nie
ten tramwaj, to autobus. Albo sklep osiedlowy. A teraz nie pamiętam dokładnie
twoich oczu, smak pocałunków gdzieś się rozmył. Być my – tacy przez duże m – to
był może tylko taki sen, który śni się przez zbyt wiele nocy.


fotografie ~ Piotr Czyż . pozuje ~ Natalia Bielecka

regulamin sklepu

formularz zamówień indywidualnych

bottom of page